Notki

April 23rd, 2010

Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Z założenia. Zdarzają się w tych stadach samotnicy, odludki, ale to raczej potwierdza regułę, niż tworzy nową. Regułą jest również to, że jak już trafi się w tym stadzie jakiś osobnik ciut inny, to jest od razu odsuwany na margines, nie pasuje.
Patrzę sobie na ludzi i co widzę? Widzę, że każdy chce być częścią jednej wielkiej plastycznej masy. Czuć przynależność do wielkiej pospolitej, nie wyróżniającej się niczym rodziny. Każda inność jest często wytykana palcami. Ludzie oglądają się na ulicy za takimi, którzy są inni. Pokazują palcem, śmieją się, boją się, są zażenowani – w zależności od rodzaju tej inności. W tłumie, wszyscy zwracają uwagę na wygląd. Jak się odróżniamy od innych, to mamy problem. Najbardziej nasilony brak tolerancji jest w szkołach. Duże skupiska dzieci, z różnych rodzin i społeczności. Najczęściej wytykane palcami są “osobniki” z nadwagą, z biednych rodzin, z inną religią, orientacją seksualną, nieśmiałe, czy niezbyt urodziwe. Dzieci bywają potwornie okrutne. Poniżają, plugawią, mieszają z błotem. Do dziś pamiętam, jak jakaś zołza w szkole biegała za mną i śmiała się że mam festyniarski dresik. Wtedy było to dla mnie bolesne, bo moich rodziców stać nie było, na jakieś “oryginalne”, a ja nie rozumiałam do końca, dlaczego tak jest. Plus był w tym, że nie pozwalałam się zastraszyć i byłam głośna i nie dawałam się tym silniejszym ode mnie. Pyskowałam, ona mi o dresiku, ja jej o inteligencji. Ale i tak było mi przykro. Koleżanka, która była niezbyt urodziwa, z nadwagą i do tego bardzo płochliwa, była zastraszana w toalecie na przerwach, bili ją, moczyli głowę w muszli klozetowej i wyzywali. Wiem, że do dziś, jak rozpozna kogoś z podstawówki na ulicy, przechodzi na drugą stronę. Ucieka. Nie chce nawet na nich patrzeć.Takich przypadków było dużo. Chłopiec, którego rodzina była innej wiary – był nazywany żydkiem, poniewierany w szatni i okrzyki w stylu “do gazu żydku” były na porządku dziennym. Pomyśleć, że była to dopiero podstawówka, a te dzieci były takie okrutne, jakby nasiąkały jadem pół wieku. Skąd się to bierze? Z domu, oczywiście. Obserwujemy, słuchamy, notujemy. I naśladujemy. W szkołach rzadko ktoś coś robi, bo dzieciaki się nie przyznają. Zastraszone, boją się powiedzieć o swoim koszmarze, boja się że będzie gorzej. I nie chcą mówić. To jest okropne. Śmieją się z różnych rzeczy, z piegów, z nosa, z ubrania, z wiary, że ktoś się jąka, że coś ma lub czegoś nie ma. Zawsze się coś znajdzie. Nic nie poradzimy, na te małe potwory grasujące po świecie. Ale możemy nauczyć swoje dzieci, wszystkiego co wiedzieć powinny. Nigdy nie wiadomo, czy to akurat nasz skarb nie padnie ofiarą tych małych złośliwców. Moja córa jest na etapie: dlaczego? po co? Więc ciągle pyta. Dlaczego ten pan ma taki kolor?(zobaczyła ciemnoskórego człowieka) Co ma ta dziewczynka?( dziecko było chore, miało jakąś narośl na buzi) Dlaczego tak? Tłumaczę. Że dziewczynka jest chora, a jak ktoś jest chory, to nie powinniśmy się śmiać, bo nikt nie chce być chory. My przecież też możemy zachorować. I nie ma w tym nic śmiesznego. Spokojnie odpowiadam na pytania, bez dodatków typu: okropny, paskudny, fe, albo coś co kojarzy się negatywnie. Moje dziecko wie, że każdy jest inny, co nie oznacza, że lepszy, lub gorszy. Każdy jest wyjątkowy. Jest za mała, na głębsze tłumaczenia, ale niedługo do nich dorośnie. Powiem jej to, co mówili mi moi rodzice. Pytali, czy ja bym chciała, żeby ktoś śmiał się ze mnie. Tłumaczyli, jak czuje się ktoś, z kogo się śmieją inni. Pracowali nad moją empatią. W moim domu rodzinnym, nikt nigdy nie śmiał się z innych, nie szydził i nie wyśmiewał. Owszem, zdrowe niewinne żarty oczywiście były, ale nigdy, żeby kogoś urazić. Zawsze powtarzali mi, że jestem wyjątkowa, dla nich najcudowniejsza we wszystkim. Ale też, że zachowuje się nie tak jak powinnam, zawsze z komentarzem, co czują, jak tak a nie inaczej mówię, bądź się zachowuję. Że ludzie mówią czasami przykre rzeczy, wcale tak nie myśląc, albo nie zastanawiając się, co mówią. Żeby nie wierzyć we wszystko co mówią obcy, bo przecież wcale o nas nic nie wiedzą. Albo wiedzą zbyt mało. Nie zawsze radziłam sobie z sytuacją, ale nie czułam się gorsza od innych. Czym rządzi się ten świat “gorszy/lepszy” zrozumiałam po części, jak poszłam do szkoły średniej. Bo poszłam też do pracy. Chciałam. Po prostu, żeby mieć na swoje zachcianki. Jako jedyna w całej szkole, już pracowałam i miałam swoje pieniądze – jakże mój status w szkole się zmienił! Nagle byłam kimś, z kim należy się pokazać, przyjaźnić, usiąść w ławce. Już nie byłam festynem w dresiku, mimo, iż dalej go nosiłam. Nagle żadna szkolna impreza nie mogła się odbyć, bez mojej obecności. Każdy chciał się ze mną przyjaźnić. A ja nie miałam wcale zamiaru zmieniać koleżanek, bo było mi dobrze z tymi, które miałam. Właściwie nie zmieniło się nic. Nie szastałam pieniędzmi, bo zbierałam sobie na różne rzeczy. Sytuację zmieniła sama informacja, że pracuje. Nie moje zachowanie. Ja dalej robiłam to, co zawsze. Tyle wystarczyło. I już byłam gwiazdą, do końca szkoły. Pewność siebie zabija złośliwości. Im bardziej jesteśmy pewni siebie, tym mniej pewności ma nasz “przeciwnik”. Ten atakujący, to często jest ktoś, kto potrzebuje publiczności. Powie coś i czeka na aplauz. Jak położymy uszy po sobie, jesteśmy ugotowani. Ale jak się postawimy, to jest duża szansa na to, że się od nas odczepi. Nietolerancja jest jeszcze zjawiskiem dość powszechnym. Walczymy z nią z coraz lepszymi wynikami, ale jednak jeszcze jest. Jedno jest pewne, żeby z nią walczyć, należy zacząć od siebie.

Poświęcenie

April 21st, 2010

Cóż to do cholery jest ? Zapytam… Ciocia Wikipedia i wujek google podsuną nam trochę znaczeń tego słowa. Ogólnie, jak słyszymy o poświęceniu, to raczej w negatywnym wydźwięku. “Poświęciła się dla swoich dzieci/męża,rodziny/itp” albo dla firmy, dla idei. Mało istotne. Na pewno on czy ona ( ten, kto się poświęcił) nic z tego nie ma teraz, został oszukany, albo wykorzystany, albo jaka inna złośliwość się stała. Poświęcenie poświęceniem, ale czy my przypadkiem nie nadużywamy tego słowa? “Poświęcenie się jakiejś idei wymaga wyrzeczeń, ponieważ aby odnieść sukces trzeba dać z siebie wszystko, co niesie za sobą eliminacje przeszkód, właśnie poprzez podejmowanie wyrzeczeń.” Tak oto można odczytać w niektórych odnośnikach. Ok, właściwie, jakby się dobrze zastanowić to każdy codziennie z czegoś rezygnuje. Czyli że jak? Że wszyscy się poświęcamy? Wszyscy litujący się nad strasznym losem matek siedzących w domu z dziećmi wydzierającymi się wniebogłosy, które takową sytuacje będą miały jeszcze jakieś 15 lat, uważają, że to poświęcenie. Nikomu do głowy nie przyjdzie, że ona tak lubi. Że to jej największą satysfakcję przynosi. Że dumna z tego jest, że dzieci na ludzi wychowuje, a nie na maszynki. Inni, za to samo mają życie kobiety w wieku 40 lat, która nie ma dzieci, często też stałego partnera, bo robi karierę. A może nie znalazła tego, który by jej pasował? Może nie chce na siłę? A może w ogóle nie chce? Tak po prostu? Pójdzie z prądem, i urodzi dziecko komuś kogo weźmie z braku laku, to będzie nieszczęśliwa, rodzina się w końcu rozpadnie – bo długo nie wytrzyma – i dziecko w patologii się będzie chowało. Tak będzie lepiej? Jeszcze inni płaczą litościwie, nad kimś, kto żyje z pijakiem, albo z jaką inną zarazą. A dla mnie to akurat nie jest poświęcenie. Tylko wolny wybór. Jak ktoś chce siedzieć z dziećmi w domu, to siedzi. Jak ktoś nie chce mieć dzieci, to nie ma. A jak żyje z kimś, to żyje bo tak chce. Ja tu nie widzę żadnego poświęcenia. A jeżeli nie pasuje komuś to siedzenie z dziećmi, albo nie posiadanie dzieci, czy tam życie z zarazą jaką, to nie robienie nic, żeby to zmienić – tchórzostwo i już. Tchórzostwo – bo można zrobić cokolwiek, ruszyć ręką, nogą a najpewniej – łepetyną, i próbować to zmienić. Albo kolejna sprawa – opieka nad osobą chorą. Umówmy się, nie zmusi się nikogo, kto się nie poczuwa, żeby się opiekował kimkolwiek. A jak już się człowiek poczuwa, to też rzadko się zdarza takie myślenie. Wtedy po prostu zmieniają się priorytety, i co innego jest ważne. To naturalne, przynajmniej dla mnie. Z niczego nie trzeba rezygnować. Owszem, czasem trzeba ograniczyć, ale bez przesady. To tak zwane poświęcenie, najczęściej dostrzegają w takich naturalnych odruchach ci, którzy sami najpewniej nie mieliby odwagi postąpić w taki, a nie inny sposób. Albo tacy, którzy robią coś na siłę, wtedy bardzo chętnie manifestują swoje “poświęcenie”, żeby ich żałować. Może ja jestem rąbnięta, ale mi się zawsze poświęcenie kojarzyło z fanatykami, albo świętymi. Wszystko inne jest dla mnie tylko wyborem. Każdy myślący człowiek, decyduje o swoim życiu sam. Nikt go do niczego nie powinien zmuszać, i nie powinien za niego decydować. A jeżeli sobie na to pozwala, to jest ubezwłasnowolniony, a dla mnie to czysta głupota, pozwolić sobie na coś takiego, albo świadomy wybór, a nie poświęcenie. Boja się sprzeciwić – mężowi, żonie, szefowi, czy rodzinie. Bo co? Powody są różne. Ale najczęściej ze strachu, że jak powiedzą “nie”, to nie będzie wiadomo co dalej. No tak. To lepiej siedzieć i narzekać. Niech nas inni żałują. Poświęcamy się. Bzdura! Jak słyszę te gadki o poświęceniu, i to żałowanie pani Basi spod piątki i jej ciężkiego żywotu, to prycham jak te babsztyle na młodzież w autobusach, która miejsc nie ustępuje. Nie znam nikogo, kogo życie oszczędzało. Mniej lub bardziej każdy po tyłku dostał, to przecież zupełnie naturalne. Jedni uczą się szybko, inni potrzebują więcej kopniaków. Wszyscy ciągle przechodzą jakieś próby, nie udaje im się, uczą się na błędach. Albo i nie uczą. Ale kolorowo im nie jest. I nie traktują tego, jak poświęcenie, tylko naukę. Doświadczenie życiowe, powinno się rzec. Ale nie da się ukryć, że ciągle nie lubimy przyznawać się do porażek, do strachu i do bezsilności. Wstydzimy się mówić o tym, co nam przeszkadza i co nas boli. A tym bardziej, zmienić to. Dlatego łatwiej zrobić z siebie męczennika lub świętego.

Cios

April 16th, 2010

Budzimy się, przeciągamy i otwieramy oczyska. Niczego jeszcze nie świadomi, no bo cóż moglibyśmy podejrzewać. A to już czai się gdzieś w ukryciu, i tylko czeka na odpowiedni moment. Każdy z nas (a przynajmniej większość) był kiedyś człowiekiem pozbawionym podejrzeń, ufnym, żeby nie powiedzieć – naiwnym. I Każdy z nas ( a przynajmniej większość) przeszedł już tę trudną szkołę weryfikacji zachowań i czynów. Jeżeli nie, zapewne go to czeka w przyszłości. Są dni, kiedy mamy obok siebie przyjaciół (albo tak nam się wydaje), i są takie, kiedy ich nie ma. Tylko, że są również dni, kiedy nie wyobrażamy sobie bycia samemu, a potem przychodzą te, w których nie jesteśmy samotni sami ze sobą. I nie potrzebujemy nikogo, co nie oznacza,że jesteśmy sami. Chodzi mi o to, że do pewnych przełomowych momentów w naszym życiu, wielu z nas wydaje się, że potrzebują drugiego człowieka, żeby być szczęśliwym. Żeby czuć się zaspokojonym i spełnionym. Otóż muszę was rozczarować, bo jest zupełnie odwrotnie. Moim skromnym zdaniem, dopóki nie dostaniemy po tyłku, nie nauczymy się niczego. Nie, że lubię dostawać po tyłku, ale tzw. mądrość życiową, to to, czego uczymy się doświadczalnie. Ile razy poczuliśmy się zdradzeni przez kogoś bliskiego ( nie mam tu na myśli relacji typowo damsko-męskich), oszukani, bądź wykorzystani. I co wtedy robić? Co myśleć? świat wali się na głowę, a my stoimy po środku i nie mamy pojęcia od której strony zaczęło się sypać. Niemalże standardowa sytuacja : dwie przyjaciółki, do tego towarzystwo. Jedna wkurza się na drugą, w tych emocjach powie coś do koleżanki, kolegi, kogoś z tzw. “paczki”. Myśli, że nic się nie stało. Nie mija wiele czasu, a okazuje się, że jest wrogiem publicznym nr.1 i nikt nie chce z nią rozmawiać. Nikt, nie chce nic wyjaśniać, a co gorsza,ona nie bardzo wie, o co chodzi. Sytuacja nr.2, to podkradanie pomysłów w pracy, albo jakaś inna “świnia”. Często spotyka się przyjaciółki od serca, gdzie jedna kosztem drugiej dostaje awans, a później zapomina o pomocnej koleżance. Sytuacja nr.3 , podkradanie mężów – jedna żali się drugiej, co się dzieje w jej domu, a ta druga notuje i wykorzystuje informacje w odpowiedni sposób. Dużo takich przykładów, sytuacji i zachowań. Zawsze jest wtedy to poczucie zdruzgotania, bezsilności, i tego, że zostaliśmy potwornie oszukani. Niejednokrotnie czujemy się tak zmieszani z błotem, i niesprawiedliwie ocenieni. Każda próba oczyszczenia się, prowadzi do nikąd, albo nawet do pogorszenia sytuacji. Mamy poczucie, że gorzej już nie będzie. Że właściwie pozostaje palnąć sobie w łeb, bo nie ma ratunku. Bzdura!!! Ja też przechodziłam przez tego typu sytuacje, i żyje. Mam się świetnie. Po pierwsze, Zawsze musi być ten pierwszy raz. Musimy dać się nabrać i to przeżyć. Inaczej, nie wyłapiemy tego później, jak będzie ktoś chciał zrobić nam podobny numer po raz drugi. Po drugie, nigdy nie wierzcie w to, że jesteście do bani. Jeżeli ktoś wam tak mówi, lub sugeruje, to dupek. Zignorować. Trudno? No błagam was, na pewno tak nie myślicie, tylko po prostu jakaś idiota chce wam to wmówić. Zignorować i już. Niestety, trzeba nauczyć się przeżywać takie historie na swój własny sposób, i wyciągnąć swoje wnioski. Z podniesiona głową przejść przez to,nie dając im satysfakcji. Tak naprawdę, my, ludzie, zachowujemy się dzisiaj skandalicznie. Mało kto jest uczciwy, wielu ludzi szuka okazji żeby złapać coś dla siebie. Traktujemy się materialnie, jak rzeczy, nikt nikomu nie wierzy. Jesteśmy atrakcyjni głównie wtedy, kiedy możemy coś załatwić, albo wtedy, kiedy ktoś potrzebuje od nas gotówki. Już od najmłodszych lat, są wpajane dzieciom chore zasady, które później odbijają się na całym naszym życiu. Ja staram się wpajać swojemu dziecku “stare mądrości”, ale mam świadomość, że muszę je również zapoznać z zasadami, które panują teraz. To takie lekcje poglądowe, co złe, a co dobre. Pisałam, że nie potrzebujemy drugiego człowieka, by być szczęśliwym. To prawda. Jeżeli wiemy, że dobrzy z nas ludzie, żyjemy zgodnie ze swoimi przekonaniami, i kierujemy się własnymi wartościami – nie potrzebujemy nikogo, kto nas będzie posiłkował swoimi. Towarzyszy będziemy dobierać sobie mądrze i bez pośpiechu. Jeżeli czasami będą nas opuszczać ludzie, którzy okazali się padalcami i gnojkami, my nie będziemy czuć się gorzej. Może troszkę smutno będzie, ale nie zawali nam się świat. Myślę, że jak zbudujemy sobie kręgosłup moralny, ciężko będzie nas powalić. I nie będzie nas tak łatwo nabrać, bo kogoś, kto kieruje się własnymi, twardymi zasadami, ciężko jest zmanipulować.

Szopka

April 15th, 2010

Z premedytacją powstrzymywałam się od komentowania tragedii, o której mówi cała Polska. Nie udało mi się. Jestem w zasadzie apolityczna. Jakieś tam zdanie mam, ale nie czuje parcia, żeby się wypowiadać na akurat ten temat. Nie o tym jednak chciałam mówić. Pragnę zauważyć, że w tej chwili, zamiast prawdziwego współczucia, zaczęła się przepychanka, kto bardziej. Kto bardziej cierpi, kto lepiej kogo znał, kto lepiej wie, kto wylewa więcej łez.Komu zginęło więcej znajomych. Kto więcej zarobi. Zarabiają, bo jak nie oni to inni zarobią. Znicze, kwiaty, pokoje hotelowe. Za chwilę będą obrazki, karteczki i pamiątki. Jak zawsze. Szopka. Ludzie przeżywają cierpienie w różny sposób. Jedni po cichu, inni lamentują. Ale wszędzie trafiają się zawodzące kobiety, które mogły by być wynajętymi płaczkami, które zawodowo lamentują na pogrzebach i egzekucjach w krajach Bliskiego Wschodu.I ktoś, kto na nieszczęściu ludzi, zarabia na życie. Ja absolutnie nie neguję tego, że naród płacze. Że przeżywa tą tragedię. Pomijając poglądy polityczne, zginęło wielu ludzi, tragicznie i nagle. Tyle istnień straciło życie, bez sensu i bez powodu. Bo nigdy nie ma sensu, gdy ktoś umiera. Ale oprócz tych, którzy naprawdę płaczą, przeżywają i cierpią – są także krzykacze i płaczki. Parę dni temu szlochali na ulicach, współczuli i wynosili pod niebiosa. Bili się w piersi, że niesprawiedliwie ocenili człowieka. Na kolanach w kondukcie żałobnym maszerowali, a ich zawodzenie mieszało się z zawodzeniem wielu podobnych. Teraz podnoszą krzyk, na temat pochówku. No do cholery jasnej, dajcie już spokój. Nikt z nas, maluczkich, nie ma tak naprawdę wpływu na decyzje, które zapadają. Nikogo nie obchodzi zdanie szaraczka, i demonstracje niewiele tu pomogą. Nie podoba nam się wiele rzeczy, i tak samo wiele nam się podoba. Zmieniać możemy sobie siebie samych i własną rodzinę, jak nam pozwoli. To, że mówimy o parze prezydenckiej, niewiele zmienia. Oni maja rodzinę, która decyduje. My możemy jedynie uszanować decyzję, która została podjęta. Wszyscy płaczą, piszczą, kłócą się. A co ma zrobić w tej sytuacji dziewczyna, która straciła rodziców? Która musi podejmować decyzje, chociaż wolałaby pewnie wyć w poduszkę i nie otwierać drzwi?Która musi słuchać jak obcy ludzie chcą decydować o losie jej zmarłych rodziców? Ci, którzy cierpią, naprawdę są głęboko ugodzeni, nie płaczą publicznie. Nie mają do tego ani sił, ani głowy. Bliscy, rodziny ludzi, którzy zginęli, cierpią z dala od kamer. Ci którzy cierpią, a nawet nie znali osobiście ludzi którzy zginęli, powinni wyobrazić sobie siłę bólu ich rodzin. Zapewniam was, że ich cierpienie jest niemierzalne. My, tak zwany naród, też oczywiście jesteśmy poruszeni. Możemy złożyć hołd, możemy wyrażać współczucie. Refleksje, łzy i uczucie niesprawiedliwości też nie jest nam obce. Ale na litość boską, nikt nas nie pyta o zdanie, dotyczące spraw, którymi zajmują się rodziny. Wiele z nas naprawdę przeżywa to ,co się stało. Większości łzy napływają do oczu, jak pomyślą o tym, co się stało. Ja podobnie zareagowałabym, gdyby był to jakikolwiek inny wypadek. Inni ludzie. Dla jednych nic nie znaczący pasażerowie samolotu, autobusu, czegokolwiek. Dla innych, rodzina, przyjaciele, bliscy. Nikt by się wtedy nie wtrącał. Ci protestujący, często protestują dla zasady. Za miesiąc będą protestować w innym miejscu, przeciw czemuś innemu. Ludzie, szacunku trochę. Zastanówmy się chwilę. Nie róbmy z tej tragedii tragifarsy. Znajdą się tacy, którzy się ze mną zgodzą, i tacy którzy będą wieszać na mnie psy, i tłumaczyć mi, jak to jestem w błędzie, lub jak to ja czegoś nie rozumiem. A ja uparcie twierdzę, że jedyne, co możemy zrobić (oczywiście, jeżeli ktoś chce) to złożyć hołd, uronić łzę, pomyśleć, pomodlić się (jeżeli mamy taką ochotę), pójść gdzieś i złożyć kwiaty, zapalić znicz i pójść na pogrzeb. Nic ponad to, co zrobilibyśmy w przypadku śmierci innych ludzi spoza rodziny. Ja osobiście chylę czoła, przed rodzinami, które są pogrążone w rozpaczy. Rozumiem ich ból i szanuję ich decyzje. I tyle.

Febra

April 14th, 2010

Dopada nas czasem. Ręce nam latają jak podłączone pod prąd, gorączka, dreszcze. Złość, złość, złość. Bezsilność. Jak minie już faza ciężkiego szoku i febra trochę odpuści, zaczyna się zimna kalkulacja. Każdy z nas miał chociaż raz ochotę się na kimś odegrać. Zemścić. Nie każdy jest tak zacietrzewiony, żeby wykonać ten plan – niektórym wystarcza w zupełności ułożenie go w głowie. Ale bywają i tacy, dla których jest to jedyny możliwy i prawidłowy powód wstania z łóżka i funkcjonowania. Wprowadzić plan z głowy w fazę realizacji. Oczywiście wszystko zależy od tego, jak bardzo jesteśmy ugodzeni, i czy konkretnie w serce, czy tylko gdzieś w pobliżu.No i oczywiście od tego, czy faza szoku była bardzo ciężka, czy raczej łagodna. Zazwyczaj ci, którzy zwęszą wcześniej, że coś się dzieje, że dobrze nie jest – ale nie mają pewności – czekają. Podświadomie czekają na cios, opancerzając się zawczasu, żeby złagodzić uderzenie. Wtedy chęć odwetu nie jest tak wielka. Człowiek zdąży się już pogodzić z losem, odpuści, albo dojdzie do wniosku, że nie warto. Gorzej, jak zaskoczy nas brutalnie rzeczywistością, nagle i bez uprzedzenia. Najpierw szok. Niedowierzanie. Nieee, to żarty jakieś są. Później awantura, ale nie w każdym przypadku. No i apatia. Beznadzieja taka. Anhedonia. Ten stan trwa, w zależności od siły ciosu, krócej lub dłużej. Nie ma reguły. Jak znajdziemy siły, przejdzie nam trochę, i pójdziemy umyć głowę – odradzamy się, niczym feniks z popiołów. Bywa, że przed naszym knowaniem, pojawia się faza ratowania. Dochodzimy do wniosku, że w ogóle mu się coś pomyliło, i że trzeba przeczekać, bo ma trudny okres. Popierdzieliło się w głowie na stare lata. Dajemy szansę za szansą, a ten dureń jeszcze jest miły. I wcale szansy nie wykorzystuje. Ale to może jak już zpowrotem jest miły, to jednak był chory? Może głowa go bolała. Tak. To na pewno była głowa. Albo naoglądał się głupot, i teraz się zgrywa. Jednak za chwilę, okazuje się, że jednak to prawda wszystko, że nie ma żadnych żartów ani zgrywu. A on nie chce kompletnie dopuścić do swojej durnej łepetyny niczego, co choć trochę przypomina to, co się dzieje w naszej. Nie ma ratunku i koniec. I zaczynamy planować zemstę. Upokorzyć, niech cierpi. Niech ma za swoje. Koleżanki pomogą, tylko trzeba im wszystko opowiedzieć. To co, że bardziej kolorowo? Przecież należy mu się! Z początku satysfakcję daje planowanie. Upajanie się pomysłami, które co chwila przychodzą do głowy. Misternie uknuty, bardzo złośliwy plan przede wszystkim potęguje w nas negatywne emocje. Przez ciągłe myślenie o zemście, nie mamy możliwości puścić w niepamięć tego, co nas dotknęło. Szczególnie, jeżeli to co się stało, było wyjątkowo bolesne. Knucie zemsty, przeprowadzenie jej i kontrolowanie efektów to jednocześnie ciągłe przebywanie myślami w gnębiącym nas temacie. Serwujemy sobie bezustanne pigułę po której dostajemy halucynacji z wizjami z przeszłości. A jeszcze gorzej, jak ten obiekt naszej zemsty łazi nam pod nosem. Toż to dodatkowe cierpienie! Trzeba go ukarać bardziej. Niech ma. A co. Pomysły są nieskończone. Nie da się ich nawet wymienić – jednak strategia jest podobna. Znaleźć coś, co kocha/lubi/ceni najbardziej. I zniszczyć.
Tylko po co? Dla własnej satysfakcji, powiecie. Żeby poczuł się tak jak my. Obrzydliwie. Żeby mu źle było. Tylko po co?- pytam. Czy nie lepiej pognać w cholerę i pokazać że nas to nie obeszło? To jest zdecydowanie silniejsza karta, niż jakieś zagrywki szczeniackie, które zresztą są mało efektowne. Nie ma sensu, zniżać się do tego poziomu. Odpuścić sobie realizację, ale za to wzbogacić scenariusz w głowie, krwawymi scenami. Albo jakimi torturami wymyślnymi. Nie ma sensu tracić czasu na coś, co nie jest tego warte. W takiej sytuacji może się znaleźć każdy. Ja baba jestem, więc piszę jak baba – o zemście na facecie. Ale spokojnie można zamienić te role. Albo dać dwie sztuki tego samego gatunku. Zamiast się mścić, idźcie do fryzjera. Dajcie upust furii na przykład na parkiecie. No ok, możecie rozbić parę talerzy o ścianę, będzie pretekst, żeby kupić nowe – ładne takie, których nie wiadomo dlaczego, nie kupiliśmy wcześniej. Zróbcie się na bóstwo i w miasto.Czy gdzieś, gdzie lubicie być. Róbcie sobie przyjemności, które nie będą w efekcie uwłaczać waszej godności. Przecież coś, co jest tak negatywne, nie może być aż tak ważne, żeby nam zabierać czas. To tylko etap przejściowy, który należy szybko zakończyć. Zresztą, każdy, kto się zemścił chociaż raz w swoim życiu, wie, że to niewiele daje, a radość jest chwilowa. Do tego dochodzi jeszcze moralniak i wyrzuty sumienia. No i świadomość, że jesteśmy trochę kopnięci :)

Czytać, nie czytać

April 7th, 2010

Od kiedy pamiętam, zawsze mnie interesowały. Zmieniała się tylko tematyka. Niesamowite kompendium wiedzy. Uwielbiam książki. Potrafię godzinami grzebać na stoiskach z książkami, wyszukiwać pozycje, których jeszcze nie mam w bibliotece.A potem nawet zarywać noce, i czytać. Nieważne, że się nie wyśpię :) Jest we mnie głębokie przekonanie, że kiedy czytam, rozwijam się. Moja wyobraźnia pracuje, a co za tym idzie, myślę, że uwrażliwiam się. Targają mną emocje, pracuję nad swoją empatią, podświadomie stawiając się gdzieś tam w środku akcji. Czasem jako widz, czasem jako ktoś więcej. Mam nadzieję, że moja córa, przejmie po mnie choć trochę tej obsesji ;) Czy czytać dzieciom? Jak najbardziej. Moja córka ma 2,5 roku. Uwielbia książeczki, mamy “sesje” czytania przynajmniej 2 razy dziennie po 1-2 godziny, zależy od dnia. Nie odpuści mi za żadne skarby. Potrafi się skupić na całkiem długich opowiadaniach, i ma już swoje ulubione. Dlaczego czytać? Dlatego, że to rozwija nasze dzieciaki. Mam porównanie z dziećmi, którym rodzice nie czytają – różnica w słownictwie jest bardzo duża, w pojmowaniu świata też. Bajka potrafi wyjaśnić więcej, niż tłumaczenie naszym “dorosłym” językiem. Dziecię moje zapisuje w swojej główce miliony zwrotów, zdań i sytuacji. I powtarza je. Mówi pełnymi zdaniami, i często używa słów, które słyszała w bajce. Zaczynałyśmy od krótkich wierszyków, Tuwim, Brzechwa, Konopnicka. Koniecznie z obrazkami i czytaniem “po dziecinnemu”. Musiałam udawać wilki, ciuchcie, kaczki itd. Potem zaczęły się bajeczki troszkę dłuższe i obrazki już nie musiały być na każdej stronie – Andersen się sprawdził :) – dziecię zorientowało się, że można sobie to wyobrazić. Teraz spokojnie mogę czytać opowiadania dłuższe, ba, mój szkrab domaga się jakiejś fabuły :) Jak już się zdecydujemy na propagowanie literatury dziecięcej, to pytanie, co wybrać. Ja stawiam na na bajki, które sama pamiętam z dzieciństwa. Właśnie wszelkiej maści wierszyki, opowiadania i baśnie. Niektórzy powiedzą, że język dziwny. Że dziecko nie będzie wiedziało o co chodzi – nie, moi drodzy. Dzieci właśnie nie mają z tym problemu. Czasem wystarczy powiedzieć raz, i pamiętają już, co dany “dziwny” zwrot oznacza. Czasem kilka razy, ale z reguły szybko “łapią”. Klasyka ( w moim rozumieniu) to właśnie Tuwim, Brzechwa, Konopnicka,Andersen itd. Dorzuciłam do tego Muminki i trochę aktualnych bajeczek i już mamy mała bibliotekę. Za chwilę będą baśnie braci Grimm :) Znajdą się również tacy, którzy nie chcą czytać bajek, w których wilk zjada babcię, albo koźlątko, lub gdzie ktoś komuś robi krzywdę. To jest potrzebne tak samo, jak te piękne bajeczki, w których wszyscy się tylko uśmiechają. Dzieci uczą się rozumieć zachowania złe i dobre, i lepiej, żeby nauczyły się tego z bajki, niż z życia. Nie odmawiamy sobie bajeczek w telewizji, ale to już tylko przyjemność :) A czytanie to i przyjemność i nauka, bo w ten sposób, zdecydowanie przyjemny – pracujemy z własnym dzieckiem nad jego wyobraźnią, słownictwem, rozumieniem tego, co go otacza. Oczywiście, dajemy mu też siebie, bo ten czas, spędzamy razem. Można się przytulać, ułożyć razem w fotelu, łóżku, gdziekolwiek – i pobyć sobie blisko. Powiecie – książki są drogie, nie każdego stać, żeby wydawać tyle pieniędzy. Bo średni koszt jednej książki to od 30-50zł. Niekoniecznie. Ja kupuję książeczki na stoiskach ze starymi książkami, w antykwariatach. Czasem w internecie. Wtedy za jedną książkę płacę od 2-8zł :) Da się :) Można też podpowiedzieć bliskim, że książeczka, byłaby fajnym prezentem. Czytajcie dzieciakom, to naprawdę ma znaczenie.

Test

April 6th, 2010

Kolejna sonda na papilocie. I pytanie: Czy jeszcze raz poślubiłabyś swojego męża? Dobre pytanie. Ciekawe ile z nas powiedziałoby “tak”, “nie”, “nie wiem”. To ciekawe pytanie. W zależności od nastroju, wyniki mogą być różne. Nad odpowiedzią należałoby się zastanowić poważniej, przemyśleć wszystkie za i przeciw. Jakby ktoś nas zapytał z zaskoczenia, robiąc sondę na ulicy – pewnie odpowiemy twierdząco. W Polsce wyniki sondy to 57% na tak. Większość nas – o ile nie jesteśmy w trakcie rozwodu, pewnie odpowie “tak”. Ale jakby dać nam czas do namysłu? To mogłoby być różnie. Ponieważ z reguły nie jesteśmy zadowoleni z tego co mamy, zapewne jakiś diabełek w głowie będzie nam usilnie tłumaczył, że należało by powiedzieć “nie”. Bo on jest straszny. Najczęściej “tak”, mówiły prawdopodobnie młode małżeństwa, albo takie, z kilkudziesięcioletnim stażem. Ci młodzi, po części dlatego, że czuli by wewnętrzny wstyd, zażenowanie, w przypadku odpowiedzi innej niż pozytywna. Młody, potencjalnie szczęśliwy małżonek, odpowiedzi innej udzielić po prostu nie może. Ci starsi, są ze sobą na tyle długo, że nie wyobrażają sobie już innych możliwości. Przeżyli razem całe życie, było dobrze i niedobrze, ale udało się. Ciężko im nawet myśleć, że ktoś inny sprawdziłby się w tej roli lepiej, niż ich partner/ka. Reszta, może mieć wątpliwości. Po cudownych chwilach pełnych uniesień, następują zwyczajne, codzienne problemy. Kryzysy uczuciowe i finansowe. I tu w zależności od etapu na którym jesteśmy, wynikają odpowiedzi. Jak akurat jesteśmy w fazie nieszczęścia, i jesteśmy przekonani o nietrafności swoich wyborów, na pewno odpowiemy ze “nie”. Ale jak już nam przejdzie, pogodzimy się i świat nie będzie już taki zły, możemy nawet powiedzieć “tak”. Ostrość naszego umysłu jest co chwila atakowana przez różnego rodzaju emocje, co powoduje zachwianie naszej percepcji. Dla wielu kobiet jest niezmiernie ważne kilka spraw: żeby były pieniądze, stosunkowo poukładane życie, stabilizacja , i żeby dzieciom nie brakowało niczego, co niezbędne. Trochę ogólnikowo, ale niech tak będzie. Wiele z nas przymyka oczy dla dobra dzieci, dla zachowania tego co ma – że maż pije, nie szanuje, bije, nie kocha nas, nie interesuje się nami w TYM sensie,itd. Nie robią nic, bo się przyzwyczaiły, bo nauczyły się z tym żyć. Nie chcą zmieniać niczego w praktyce, bo to zaburzyłoby tą stabilizację, którą mają. Teoretycznie, owszem. Mogą opowiadać o tym, jak to by pozmieniały wszystko, ale nie kiwną palcem. Słysząc pytanie, które zostało zadane na początku – odpowiedzą twierdząco. Bo wiedzą, jak sobie z tym radzić. Wiedzą, czego się spodziewać i nie jest to dla nich straszne. Ale gdyby dać im okazję i pokazać inne życie, mogłyby zmienić zdanie. Te, które miały odwagę i odeszły od swojego męża, albo te, które ten mąż zostawił, odpowiedzą “nie”. To logiczne. Więc żeby odpowiedzieć na to pytanie szczerze, powinnyśmy się zastanowić, nad naszym życiem. Myślę, że sporo z nas, odpowiedziałaby “nie”, ale nie ma ani siły, ani chęci już nic zmieniać. Bo to już za daleko zaszło, i się trochę nie chce. Bo nie jest tak źle, że nie da się wytrzymać. Czasami wystarczy zerknąć na nasze życie z innej perspektywy, żeby odpowiedź się zmieniła.

Szczęście

April 4th, 2010

Był pech, będzie i szczęście. Definicja szczęścia, to ni mniej ni więcej tylko: Szczęście jest emocją, spowodowaną doświadczeniami ocenianymi przez podmiot jako pozytywne. Czyli wynika z tego, że szczęśliwym można być wtedy, kiedy dzieje się coś dobrego. A jak się nie dzieje dobrze, tylko wszystko jest inaczej niż powinno? To też jest się szczęśliwym, tylko akurat ma się przerwę, czy jak? Załóżmy, że jednego dnia rozsadza nas szczęście, pozytywne emocje, jest wspaniale i właściwie moglibyśmy nawet latać, bo nam takie skrzydła wyrosły. A następnego dnia, już jest potwornie. Jesteśmy pewni, że to wszystko co nas otacza, to jakaś fatalna popieprzona pomyłka. Nie, że nierzeczywista – tylko taka kompletnie nie na miejscu, coś czego nie chcemy jak diabli. A mimo wszystko jest. Wszyscy naokoło uważają nas za szczęśliwych ludzi, radosnych, takich, którym się w życiu udaje. A tu panocku, dupa blada. Jak im powiedzieć wszystkim, że jest strasznie, że nic nam się nie chce, że nieszczęście nam wyłazi nawet uszami. Że rzygać nam się chce jak patrzymy na ten światek na około. Że oszukujemy wszystkich, robimy dobra minę do złej gry, bo tak naprawdę to bezsilność nie pozwala nam nic zrobić. Bezsilność i strach, że a) po pierwsze, może być gorzej, b) po drugie, może być gorzej, c) po trzecie, może być gorzej. Jak powiedzieć bliskim, którym wczoraj piszczeliśmy do ucha ze szczęścia, że jest strasznie, potwornie i nie chce nam się żyć? A no to chyba problem, który ma wiele z nas. Dzień w dzień ktoś przekonuje się, że zrobił największy błąd w swoim życiu, albo że właśnie wpakował się w coś, co przytrafia się tylko w bardzo złych scenariuszach. No i klops. I nie ma wyjścia, musimy to dźwigać, i jeszcze udawać że wszystko jest ok, bo jak już powiemy na głos co nas boli, to zaraz ktoś to wyśmieje, powie ze przesadzamy, albo że głupoty to i nic więcej. W czasie świąt nasila się zwykle ten objaw katastrofalnych pomyłek, jesteśmy rozdrażnieni i działamy sobie na nerwy bardziej niż zwykle. I co zrobić, żeby nie dać się zwariować? Ja mam stary, sprawdzony sposób. Moi rodzice. Jadę do nich. Nawet jak mam się z nimi sprzeczać i złośliwość. Wszystkie “imprezy” są u nas takie same. Głośno, gwarno, dużo ludzi, wszyscy na raz coś mówią, biegają po domu, taki mały cyrk :) Ale jest tam taka atmosfera, że człowiek czuje się bezpieczny. Coby się nie działo, to dom rodzinny jest moim azylem. Posiadanie takiego miejsca, jest w stanie odpędzić ode mnie demony wszelkie. Wiem, że nawet jak bym wymordowała pół miasta, tam zawsze będą na mnie czekały otwarte serca. Jak dopada mnie to paskudztwo, przygnębienie i chęć dezercji to zawsze wyratują mnie z opresji swoim optymizmem i miłością. Nawet nie muszą wiedzieć że coś się dzieje, po prostu popatrzę sobie na nich, posłucham, i już mi lepiej. Nawet jak sobie nienawidzę, złorzeczę i ogarnia mnie ta moja chęć mordu, to tylko na chwilę. Nie da się uniknąć złych nastrojów. Nie da się uniknąć tych dołków, tych złorzeczeń i chwilowych nienawiści. Nie życzę wam braku tych negatywnych odczuć, bo one również są potrzebne, tak jak chwile szczęścia. Musimy je przeżywać, bo życie to nie tylko uśmiechy i przyjemności. Życzę wam miejsc, które będą waszym azylem, życzę wam ludzi, którzy będą dla was wzorem. Życzę wam ludzi, którzy będą was kochać, mimo wszystko. Którzy będą wybaczać, nie pytać o nic i rozumieć bez słowa. Którzy wyciągną do was rękę zawsze, bez zbędnych pytań. Życzę wam tego, bo to niesamowite szczęście, posiadać to wszystko.

Babsztyle

April 3rd, 2010

Zawsze kiedy mam okazję pojawiać się w kościele, obserwuje to samo. Czy dziesięć lat temu, czy dziś – ciągle nieustająca w swoim przepychu rewia mody :) Każda szanująca się gospodyni wywleka z szafy najlepszą kreację i idzie. Przedtem oczywiście fryzjer i objechane czarna kredką, tudzież zmalowane cieniem o jakimś wściekłym kolorze oko. Usteczka pociągnięte czerwienią lub pomadeczką w kolorze wypranego lisa też nie rzadziej :) Takie boginie osiedla wylewają się strumieniami z bloczków i domków, niczym księżniczki wypływają ze swych jam na podbój świata. Czy mnie bawią? Owszem.Może to okrutne, ale nie mogę patrzeć na te babsztyle, które myślą tylko o tym, czy mają droższą “kapotę” od sąsiadki, albo czy koszyczek większy i bardziej elegancki. Albo która da więcej na tacę. Być może jest to jeden z nielicznych dni w roku, kiedy mogą się wystroić i pokazać. A już kompletnie nie pamiętają co ten cały ksiądz mówił. Natomiast całkiem dokładnie streszczą nam stan garderoby 80% przybyłych. A mnie skręca. Bo zaraz obok widzę takie cholernie rozczulające babunie, które prawie niewidoczne przemykają miedzy matronami w sztucznych futrach, w tych swoich uroczych kapelusikach/chustkach na głowie, lekko zgarbione i takie skromne że aż od nich bije jakaś aura. Nie jestem jakoś mocno pokręcona na punkcie wiary, ba, nawet nie jestem choć trochę pokręcona. Chodzę tam rzadko, jak akurat mamy jakaś uroczystość, czasem wpadamy bez okoliczności, no i jak są święta. Nie będę się zagłębiać w żadne kwestie wiary, nie będę narzucać nikomu co powinien a czego nie. Ja tak sobie tylko obserwuje, tak z boku, zupelnie bez żadnej stronniczości. Nie widzę nic zdrożnego w tym, żeby wyjść gdziekolwiek w swetrze, bez misternie ułożonej fryzury i makijażu. Tym bardziej do kościoła, który moim zdaniem powinien wywoływać inne odczucia, niż chęć pokazania że mamy lepiej niż inni. Rozumiem fakt, że chcemy ładnie wyglądać. Może nawet dostojnie. Ok, nie mam nic przeciwko. Ale to manifestowanie wyższości wprost proporcjonalnej do wysokości tapiru na czubku głowy, mnie rozwala. Od razu widać, że nie skupia się babsztyl na tym po co przyszła, ani na tym co mówi ksiądz. Tylko na tym, kto ją zauważył, i kto mógł zauważyć. To mi się kojarzy z takim zjawiskiem jak dary rozdawane w kościele albo innych instytucjach w których można dostać coś za darmo. Pierwsi ustawiali się w kolejkach ci, którzy przyjechali drogimi samochodami, żeby za darmo dostać cokolwiek – a ci, którzy nie mieli co do gara włożyć, wstydzili się poprosić o pomoc. A już tym bardziej przepychać. Mimo, iż była dla nich. I to mi wygląda na jakąś analogię, od razu jak patrzę na te babsztyle wyfiokowane i oglądające się za publicznością, i te babunie, które modlą się z boku i bez afiszowania się ze swoja wiarą. Dotyczy to nie tylko ludzi starszych, ja wiem o tym. Tylko ci starsi akurat bardziej rzucają się w oczy. Nawet jak brałam ślub, nie przykładałam jakiejś masakrycznej wagi do tego w co będę ubrana, czy jak będzie wyglądał kościół, ile kwiatów itd. Sukienkę kupiłam na allegro za jakieś grosze, sama się uczesałam i umalowałam, a kościół przyozdabiał jedynie czerwony dywan. Mimo, że jak już wcześniej mówiłam, nie jestem przesadnie praktykująca, moja rodzina zawsze uważała, że każda wiara, czy przekonania, są w miejscu takim jak kościół – nieważne jakiego wyznania – najważniejsze. Więc ślub też był dla nas, nie dla innych. Było skromnie, ale za to z uczuciem. Cała reszta nie ma znaczenia. Jeżeli już ktoś jest wierzący, to miejsce do którego się udaje, żeby celebrować tą swoja wiarę, jest przeznaczone właśnie do tego celu. I kropka. Bardzo mi się podobają właśnie te babunie, które czasami siadają grupkami i różańcują sobie ile wlezie. Nie zagłębiam się w to, czy oddają swoje renty czy emerytury na kościół. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że jak na nie patrzę, to dla mnie są skromne. Takie prawdziwe. A matrony nie. Wieje mi od nich fałszem.

Pech

March 31st, 2010

W większości przypadków, jakie mam okazję obserwować, niepowodzenie zwalamy na przysłowiowego pecha. Wywrócimy się na prostej drodze – pech. Ochlapie nas samochód jadący z zawrotną szybkością, przez jedyną kałużę na drodze – pech. Ukradną nam portfel – pech. Nie dostaniemy się do lekarza – pech. Wyskoczy nam wielki gejzer na nosie – pech. Ja wiem, i wy wiecie, że możemy tak wymieniać i wymieniać w nieskończoność. Szkoda tylko, że nikt z tych pechowców nie pamięta, żeby patrzeć pod nogi, i sprawdzać czy sznurówki zawiązane. Albo czy za blisko ulicy nie idziemy, czy torba zapięta, a portfel schowany. Na gejzer może faktycznie niewiele możemy poradzić, ale to jeszcze nie świadczy o prześladującym nas pechu. Ubawiłam się ostatnio wielce z mojej psiapsiółki z wentylkiem. Facet fajny, spokojny, zrównoważony. Raczej domator, ale lubi też wyskoczyć na miasto i poszaleć, ale nie częściej jak 2 razy w miesiącu – bo się starzeje i sił nie ma (tak twierdzi). Generalnie facet nadaje się do eksperymentów uczuciowych, nie ma strachu puszczać go w teren. Da sobie radę i wstydu nie narobi. Kawaler, czyli nieużywany. I ów facet, to typowy pechowiec (tak twierdzi). Wbijam mu do głowy od ładnych paru lat, że to problemy z komunikacją i niezrozumienie, a nie pech – ale mi nie wierzy. Może mnie nie zatłucze, że o nim piszę, bo pasuje mi tu idealnie jako przykład :) Sytuacja powtarza się jak w koszmarze jakimś, mimo że kobiety różne. On się zawsze bardzo stara, ale pozostaje sobą i nie dostosowuje się ulegle do nikogo. Nikogo nie udaje, zawsze ma swoje zdanie, ale potrafi być elastyczny. Więc gdzie problem? spytacie.. A no problem w tym, że komunikować się z nim należy językiem prostym i nie komplikować niczego bardziej, niż to konieczne. My kobiety, lubimy, jak oni – faceci, się domyślają. Jak sami wpadną na to kiedy kwiatka kupić czy jak się zachować w sytuacji niezbyt dla nich komfortowej. Albo czy zaprosić czy nie zaprosić. Zadzwonić, czy nie zadzwonić. Wszystkiego ( w ich mniemaniu) powinien się domyślać. A w tym przypadku ni ma takiej opcji. Chyba że go nauczymy. Trzeba mówić otwarcie, jasno i klarownie o co nam chodzi. Dobrze jest też wytłumaczyć, dlaczego właśnie tak, a nie inaczej ma być. Gwarantuję, że facet będzie chodził jak w zegarku i będzie szczęśliwy. Takich facetów jest wielu, i sytuacji analogicznych również masa. No i ta kobita, na początku się zachwyca, a potem zaczyna się fochać, obrażać, coraz bardziej drażni ją/jego coś tam, i w konsekwencji wszyscy są niezadowoleni, kobita go odstawia z powrotem na półkę, a mój pechowiec aż kipi, żeby mi powiedzieć, jakiego on ma pecha do kobiet.
Myślę, że gdybyśmy wszyscy mniej komplikowali sobie i innym życie, i rozmawiali więcej, bardziej otwarcie – nie byłoby tylu nieporozumień. Ów facet, o którym wspomniałam, mówi, że ja jestem jedyną kobietą, którą on zna i która mówi co myśli. Może dlatego ciągle, zawsze i niezmiennie ciągnie nas do siebie. Nie, nie zastanawiajcie się nad aspektem damsko – męskim. Nie ma takiej potrzeby. Zupełnie nie w ten sposób to się dzieje. Po prostu chyba oboje wiemy, że możemy mówić to co myślimy i nic się nie stanie. Nikt się nie obrazi. Tak jest prościej żyć. Po co owijać w bawełnę coś, co owijane być nie powinno… Niestety te nieporozumienia, to właśnie skutek tego, że nie umiemy ze sobą rozmawiać. Unikamy tematów trudnych, bolących czy wstydliwych. A wystarczyłoby pogadać, ciężar zrzucić, i już by nas nie okradł nikt, bo byśmy nie byli pochłonięci jakimś masakrycznym obmyślaniem planu: co dalej? Widzielibyśmy tę kałużę, zdążylibyśmy zadzwonić do lekarza, i udało by się milion rzeczy, które się nie udają jak nie możemy się skupić. Otwórzcie oczy, posłuchajcie, zastanówcie się. Ja tak robię. Oczywiście nie zawsze mi wychodzi, ale to nie pech, tylko charakter choleryk/sangwinika czyli zdecydowana ekstrawersja ;)
Zwolnić trochę, znaleźć czas na przyjemności. Nawet drobne jakieś, raz w tygodniu, czy jak kto ma ochotę. Co nas rozprasza? To, czym się najbardziej przejmujemy, to zwykle nie rzeczy. To relacje z ludźmi. Jak stłuczecie talerz, to nie dlatego że talerz was wkurzył, tylko dlatego że ktoś inny zrobił wcześniej coś, co was wyprowadziło z równowagi. To zawsze chodzi o ludzi. Czy to facet, czy koleżanka, czy pani na poczcie. Znamy coraz więcej mądrych słów, używamy ich, mówimy coraz więcej i szybciej. Ale nie rozmawiamy ze sobą. Nie słuchamy się nawzajem. Unosimy honorem, nie dostrzegamy swoich ułomności. I gotowe. A więc jak? Dalej myślicie że to jednak pech?