Notki
April 23rd, 2010Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Z założenia. Zdarzają się w tych stadach samotnicy, odludki, ale to raczej potwierdza regułę, niż tworzy nową. Regułą jest również to, że jak już trafi się w tym stadzie jakiś osobnik ciut inny, to jest od razu odsuwany na margines, nie pasuje.
Patrzę sobie na ludzi i co widzę? Widzę, że każdy chce być częścią jednej wielkiej plastycznej masy. Czuć przynależność do wielkiej pospolitej, nie wyróżniającej się niczym rodziny. Każda inność jest często wytykana palcami. Ludzie oglądają się na ulicy za takimi, którzy są inni. Pokazują palcem, śmieją się, boją się, są zażenowani – w zależności od rodzaju tej inności. W tłumie, wszyscy zwracają uwagę na wygląd. Jak się odróżniamy od innych, to mamy problem. Najbardziej nasilony brak tolerancji jest w szkołach. Duże skupiska dzieci, z różnych rodzin i społeczności. Najczęściej wytykane palcami są “osobniki” z nadwagą, z biednych rodzin, z inną religią, orientacją seksualną, nieśmiałe, czy niezbyt urodziwe. Dzieci bywają potwornie okrutne. Poniżają, plugawią, mieszają z błotem. Do dziś pamiętam, jak jakaś zołza w szkole biegała za mną i śmiała się że mam festyniarski dresik. Wtedy było to dla mnie bolesne, bo moich rodziców stać nie było, na jakieś “oryginalne”, a ja nie rozumiałam do końca, dlaczego tak jest. Plus był w tym, że nie pozwalałam się zastraszyć i byłam głośna i nie dawałam się tym silniejszym ode mnie. Pyskowałam, ona mi o dresiku, ja jej o inteligencji. Ale i tak było mi przykro. Koleżanka, która była niezbyt urodziwa, z nadwagą i do tego bardzo płochliwa, była zastraszana w toalecie na przerwach, bili ją, moczyli głowę w muszli klozetowej i wyzywali. Wiem, że do dziś, jak rozpozna kogoś z podstawówki na ulicy, przechodzi na drugą stronę. Ucieka. Nie chce nawet na nich patrzeć.Takich przypadków było dużo. Chłopiec, którego rodzina była innej wiary – był nazywany żydkiem, poniewierany w szatni i okrzyki w stylu “do gazu żydku” były na porządku dziennym. Pomyśleć, że była to dopiero podstawówka, a te dzieci były takie okrutne, jakby nasiąkały jadem pół wieku. Skąd się to bierze? Z domu, oczywiście. Obserwujemy, słuchamy, notujemy. I naśladujemy. W szkołach rzadko ktoś coś robi, bo dzieciaki się nie przyznają. Zastraszone, boją się powiedzieć o swoim koszmarze, boja się że będzie gorzej. I nie chcą mówić. To jest okropne. Śmieją się z różnych rzeczy, z piegów, z nosa, z ubrania, z wiary, że ktoś się jąka, że coś ma lub czegoś nie ma. Zawsze się coś znajdzie. Nic nie poradzimy, na te małe potwory grasujące po świecie. Ale możemy nauczyć swoje dzieci, wszystkiego co wiedzieć powinny. Nigdy nie wiadomo, czy to akurat nasz skarb nie padnie ofiarą tych małych złośliwców. Moja córa jest na etapie: dlaczego? po co? Więc ciągle pyta. Dlaczego ten pan ma taki kolor?(zobaczyła ciemnoskórego człowieka) Co ma ta dziewczynka?( dziecko było chore, miało jakąś narośl na buzi) Dlaczego tak? Tłumaczę. Że dziewczynka jest chora, a jak ktoś jest chory, to nie powinniśmy się śmiać, bo nikt nie chce być chory. My przecież też możemy zachorować. I nie ma w tym nic śmiesznego. Spokojnie odpowiadam na pytania, bez dodatków typu: okropny, paskudny, fe, albo coś co kojarzy się negatywnie. Moje dziecko wie, że każdy jest inny, co nie oznacza, że lepszy, lub gorszy. Każdy jest wyjątkowy. Jest za mała, na głębsze tłumaczenia, ale niedługo do nich dorośnie. Powiem jej to, co mówili mi moi rodzice. Pytali, czy ja bym chciała, żeby ktoś śmiał się ze mnie. Tłumaczyli, jak czuje się ktoś, z kogo się śmieją inni. Pracowali nad moją empatią. W moim domu rodzinnym, nikt nigdy nie śmiał się z innych, nie szydził i nie wyśmiewał. Owszem, zdrowe niewinne żarty oczywiście były, ale nigdy, żeby kogoś urazić. Zawsze powtarzali mi, że jestem wyjątkowa, dla nich najcudowniejsza we wszystkim. Ale też, że zachowuje się nie tak jak powinnam, zawsze z komentarzem, co czują, jak tak a nie inaczej mówię, bądź się zachowuję. Że ludzie mówią czasami przykre rzeczy, wcale tak nie myśląc, albo nie zastanawiając się, co mówią. Żeby nie wierzyć we wszystko co mówią obcy, bo przecież wcale o nas nic nie wiedzą. Albo wiedzą zbyt mało. Nie zawsze radziłam sobie z sytuacją, ale nie czułam się gorsza od innych. Czym rządzi się ten świat “gorszy/lepszy” zrozumiałam po części, jak poszłam do szkoły średniej. Bo poszłam też do pracy. Chciałam. Po prostu, żeby mieć na swoje zachcianki. Jako jedyna w całej szkole, już pracowałam i miałam swoje pieniądze – jakże mój status w szkole się zmienił! Nagle byłam kimś, z kim należy się pokazać, przyjaźnić, usiąść w ławce. Już nie byłam festynem w dresiku, mimo, iż dalej go nosiłam. Nagle żadna szkolna impreza nie mogła się odbyć, bez mojej obecności. Każdy chciał się ze mną przyjaźnić. A ja nie miałam wcale zamiaru zmieniać koleżanek, bo było mi dobrze z tymi, które miałam. Właściwie nie zmieniło się nic. Nie szastałam pieniędzmi, bo zbierałam sobie na różne rzeczy. Sytuację zmieniła sama informacja, że pracuje. Nie moje zachowanie. Ja dalej robiłam to, co zawsze. Tyle wystarczyło. I już byłam gwiazdą, do końca szkoły. Pewność siebie zabija złośliwości. Im bardziej jesteśmy pewni siebie, tym mniej pewności ma nasz “przeciwnik”. Ten atakujący, to często jest ktoś, kto potrzebuje publiczności. Powie coś i czeka na aplauz. Jak położymy uszy po sobie, jesteśmy ugotowani. Ale jak się postawimy, to jest duża szansa na to, że się od nas odczepi. Nietolerancja jest jeszcze zjawiskiem dość powszechnym. Walczymy z nią z coraz lepszymi wynikami, ale jednak jeszcze jest. Jedno jest pewne, żeby z nią walczyć, należy zacząć od siebie.


